Od jednej kozy do samowystarczalności
25 lat temu Maria Nowak, właścicielka gospodarstwa w rybnickiej dzielnicy Meksyk, szukając rozwiązania dla zdrowotnych problemów córki, postanowiła nabyć kozę. Z biegiem czasu hodowla zwierząt rozrosła się o kury, kaczki, gęsi, a nawet świnie. Pani Maria wraz z mężem Kazimierzem zaczęła uprawiać własne warzywa, zbierać deszczówkę i produkować domowe sery. Dziś cała rodzina korzysta z tego, co daje im ziemia i codzienna praca.
W latach 90. inflacja w Polsce szalała, a oszczędności gromadzone przez lata topniały w oczach, co boleśnie odczuło wielu Polaków, w tym małżeństwo Nowaków z Rybnika.
– Całe życie ciężko pracowaliśmy. Z mężem uzbieraliśmy 40 tysięcy na książeczce G. Ile to niedziel trzeba było przepracować, żeby odłożyć taką sumę! A potem przyszła denominacja. Mąż wrócił z banku i oznajmił, że za nasze oszczędności możemy sobie co najwyżej kapcie kupić, bo zostały z tego 4 złote – wspomina Maria Nowak.
Nowakowie zdecydowali, że zamiast oszczędzać, zainwestują w ziemię. W 1998 roku znaleźli działkę na terenie dawnych PGR-ów w dzielnicy Meksyk. Gleba była słaba, za to cena odpowiednia. Planowali zbudować dom dla siebie i dwóch dorosłych córek. Los jednak miał wobec nich inne plany.
– Mówią, że w nowym miejscu albo ktoś umiera, albo ktoś się rodzi. Dowiedziałam się, że jestem w czwartym miesiącu ciąży. Tu budowa, a ja w ciąży, i to w wieku 42 lat! – mówi Maria z uśmiechem.
Pani Maria została jednym z „ekobohaterów” tegorocznego miejskiego kalendarza. Zdj. Marcin Giba
Narodziny najmłodszej córki, Izabeli, zbiegły się z przeprowadzką do nowego domu. Jednak radość z nowego początku przyćmiły problemy zdrowotne dziecka. Mała źle reagowała na posiłki, często płakała i nie chciała jeść.
– Chodziłam po lekarzach, szukałam przyczyny, ale nikt nie potrafił pomóc. W końcu znajomy zasugerował: „Może twojej córce pomoże kozie mleko”. Pewnie chciał nam sprzedać swoje kozy, choć ostatecznie wydaje mi się, że dał nam je za darmo – śmieje się Maria.
Od kozy do samowystarczalności
Kozie mleko okazało się strzałem w dziesiątkę – problemy zdrowotne Izabeli stopniowo ustępowały. – Skoro już mam kozy, to przydadzą się też kury – pomyślała pani Maria. Do nich wkrótce dołączyły kaczki, gęsi i indyki, a z czasem pojawiły się nawet świnie.
– Nie miałam pojęcia o hodowli zwierząt i uprawie roślin. Uczyłam się wszystkiego z książek. Do dziś mam małą biblioteczkę – przyznaje rybniczanka.
Początki nie były łatwe – ziemia była jałowa, a większość pieniędzy pochłaniała budowa domu.
– Wprowadziliśmy się, gdy dom był jeszcze w stanie surowym, więc trzeba było improwizować. Aby zaoszczędzić na wodzie, mąż ustawił beczki pod rynnami. Zbieraliśmy deszczówkę, mieszaliśmy ją z naturalnym nawozem i tym podlewaliśmy młode drzewka – wspomina Maria Nowak, przyznając, że użyźnienie jałowej ziemi wymagało wiele pracy.
– Najpierw zaoraliśmy ziemię i posadziliśmy drzewa, a potem zasialiśmy zboże, ale nie po to, by je zjeść. Korzenie rozluźniły glebę, kozy miały pożywienie, a ze słomy zrobiliśmy ściółkę. I tak krok po kroku, ziemia zaczęła nam się odwdzięczać – dodaje.
Podwórko państwa Nowaków wkrótce zaczęło tętnić życiem – między grządkami warzyw biegała ich najmłodsza córka Izabela, a za nią dwie kozy, które pani Maria wykarmiła butelką.
– Nazywała je „matołami”. Wystarczyło, że krzyknęła, a one pędziły do niej jak szalone – mówi z rozbawieniem.
Sąsiedzi do dziś wspominają kozy spacerujące w krótkich spodenkach czy podkoszulkach, które zakładała im mała Izabela, a potem urządzała sobie na nich przejażdżki po gospodarstwie.
Pan Kazimierz Nowak z najmłodszą córką Izabelą. Zdj. archiwum prywatne
Ciężka praca popłaca
Dziś pani Maria jest niemal całkowicie samowystarczalna. W ogrodzie uprawia m.in. cukinię, pomidory, ogórki, ziemniaki, porzeczki, jabłka, a nadmiar plonów przetwarza na dżemy, soki czy kiszonki.
– Kupuję tylko sól, ocet, cukier, kawę, herbatę i cytrusy. Resztę mam z własnego gospodarstwa, ale zimą muszę sięgnąć po warzywa i mięso ze sklepu – przyznaje.
Choć prowadzenie gospodarstwa to nieustanny wysiłek, pani Maria nie wyobraża sobie innego życia.
– Najpiękniejsze jest to, że pracujemy razem jako rodzina. Patrzymy, jak rosną rośliny, jak dorastają zwierzęta. Dzieci przyjeżdżają, zbierają warzywa, wszyscy są uśmiechnięci, nie ma kłótni – wyjaśnia.
Nie brakuje jednak trudnych chwil – czasem grad niszczy ogórki hodowane od nasiona, wichura łamie pomidory, a choroba zabiera zwierzęta. Mimo to Maria Nowak z niecierpliwością czeka na wiosnę – swoją ulubioną porę roku.
– Wiosną człowiek jest wypoczęty, zaczynają kwitnąć drzewa, wkrótce zakwitnie cukinia, będzie leczo… Mąż też nie może się doczekać, bo będzie szczepił drzewka – mówi.
