Grażyna Bułka: Czuję się spowiedniczką Ślązaczek i Ślązaków
– Hanka jest ważna. Przez jej pryzmat, możemy opowiedzieć o śląskich kobietach i mężczyznach zmagających się z wielką historią – mówi nam Grażyna Bułka, którą zobaczymy w rybnickim teatrze w marcu, w bijącym rekordy popularności monodramie „Mianujom mie Hanka”.

Co Pani narobiła? Cały Śląsk płacze po obejrzeniu „Hanki…”
To, że Śląsk w taki sposób reaguje, to mnie nie dziwi, bo koszula najbliższa ciału. Jeżeli to jest coś, co dotyka wiele pokoleń ludzi, którzy tutaj żyli i żyją, którzy mają wspomnienia, to ten spektakl jest najlepszą odpowiedzią na te wszystkie pytania, które bardzo często sobie zadajemy my sami.
To nie jest tak, że ten Śląsk płacze dopiero teraz, po emisji w Teatrze Telewizji. Bo Hankę zagrałam już 302 razy, za chwilę będzie 9 lat. To jest historia, którą obejrzało już mnóstwo ludzi wcześniej. Myślę, że Teatr Telewizji tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że ta historia ma bardzo duże pole rażenia. I dlatego bardziej interesuje mnie to, jak reaguje cała Polska, a reaguje bardzo mocno. Po emisji odpisywałam na wiadomości do drugiej w nocy, aż mnie to przerosło. Tak dużo osób pisało. Nagle zetknęli się z rzeczywistością, której kompletnie nie znali. I to ich bardzo poruszyło.
Co Pani usłyszała od tych kobiet z Lysek, Niedobczyc, Boguszowic, dla których grała Pani wcześniej Hankę w domach kultury?
Trochę czuję się spowiednikiem tych wszystkich ludzi. To jest piękne, że ktoś traktuje teatr i tę opowieść zerojedynkowo. Niby wiedzą, że jestem aktorką Grażyną Bułką i tylko gram Hankę, ale mają potrzebę opowiadania mi swoich historii, jakby opowiadali ją Hance. Często słyszę: „to, co pani przeżyła, to jest historia mojej rodziny”. To niezwykłe, gdy ktoś przychodzi ze łzami w oczach, przytula się i czuje jakąś ulgę. Ja tych historii słyszałam setki. One się często powtarzają. To jest również historia mojej rodziny.
Nigdy o tym nie powiedziałam, ale np. miałam ukochaną ciotkę Hildę – Hildegardę, starszą siostrę mojej mamy, która była moją matką chrzestną. I ona któregoś dnia mówi do mamy: „wiesz, musiałam iść do urzędu, musiałam zmienić dokumenty. Ja się teraz będę nazywać Maria”. Ja jako ten bajtel nie umiałam tego zrozumieć: „Ale ciotka, czemu Maria? Wyście są Hilda!”. Jak sobie pomyślę, że ci ludzie musieli nawet imiona zmieniać, bo za bardzo po niemiecku brzmiały, to ta Hanka jest ważna. Oczywiście nie tłumaczy całemu światu wszystkich naszych problemów, ale przez jej pryzmat możemy opowiedzieć o śląskich kobietach i mężczyznach zmagających się z wielką historią.
Jak ja ludziom w Polsce opowiadam o tym, że Śląsk nigdy nie był pod zaborami, to oni otwierają oczy.
„Ale jak?” – pytają. A ja mówię, że myśmy po prostu byli w Prusach, a dopiero potem nas tak jak tę kołdrę, która jest jedna i wąska, a dwóch chce pod nią spać, przeciągali.
Śląsk to taka kołdra – raz w prawo, raz lewo, tu Polaki, tu Niemcy, a my w tym środku. Wydawałoby się, że się ogrzejemy, ale zwykle wioło…
To ile tej Hanki jest w Pani? W Pani rodzinie? Powstania śląskie, Wehrmacht, obóz w Zgodzie też?
Na szczęście w obozie w Zgodzie nikogo z mojej rodziny nie było, ale moja mama urodziła się w Świętochłowicach i razem z babcią koło tego obozu mieszkały. To była filia obozu oświęcimskiego. Po wojnie, do listopada 1945, to był komunistyczny, ale polski obóz dla nie do końca jasnych narodowościowo ludzi.
Babcia urodziła się w Niemczech, w Kuźni Raciborskiej, a mój dziadek w Strzelcach Opolskich, które też należały do Niemiec, ale on czuł się Polakiem, przez całą wojnę musiał nosić naszyte „P” tak jak Żydzi nosili gwiazdę Dawida. Po ślubie mieszkali w Świętochłowicach. Moja mama, która urodziła się w 1932 roku, opowiadała mi, że choć w domu była straszna bieda, to z siostrami na sankach jeździły pod ogrodzenie obozu i wciepowały za płot kapusta, rzepa albo kartofle, żeby ci ludzie mogli co jeść.
Po wojnie powstał tam polski obóz komunistyczny...
Ja się o tej sprawie dowiedziałam dopiero 17 lat temu, gdy robiliśmy „Miłość w Connecticut”. To był spektakl o Zgodzie właśnie. I pytałam wtedy mamę: „Czemu ty mi nigdy nie opowiadałaś o tym strasznym miejscu?”. A ona mówi: „Dziołcho, te boroki co tam były, a przeżyły i wyszły w tym listopadzie, to wszyscy musieli lojalki podpisać, że to, co się tam działo, nie ujrzy światła dziennego”. Mama mówiła, że te rodziny, które wyszły ze Zgody spotykały potem komendanta tego obozu Salomona Morela, bo on mieszkał w Katowicach, dopóki się nie zrobiło gorąco i nie uciekł w latach 90. do Tel Awiwu. Do tego czasu pobierał polską emeryturę. Dlatego, jak mi ktoś godo, że to nie był polski obóz, to mi się agresor włącza. Bo ten chop robił tam z ludźmi, co chciał, a potem jeszcze mu Polaki dowali emerytura.
Poza bramą nic już nie zostało z tego obozu. Mama mi opowiadała, że po wojnie jak to zrównali z ziemią i zrobili tam ogródki działkowe, to mój dziadek Klimas dostał tam przydział na ogródek, ale go nie chciał, bo mówił, że nie będzie marchewek sadził na prochach ludzkich i na tym cierpieniu, które tam było.
Wielu trudno przyznać, że to robili Polacy…
Ale na litość boską, my Ślązacy też nie byliśmy święci. Też mamy grzechy na sumieniu. Do dzisiaj mam zdjęcie wujka Jorga, brata mojej mamy, który do 1945 roku był w Wehrmachcie. Oczywiście Ślązaków wcielali do armii niemieckiej przymusowo, babcia miała podpisaną Volkslistę, nie było dyskusji, ale miała dwóch synów w Wehrmachcie. Różnica jest taka, że ujek Jorg był tam do końca wojny, czyli czuł się Niemcem, stracił w Berlinie dwie ręce i dwie nogi od wybuchu granatu. Przez Czerwony Krzyż rodzina znalazła go w Altenheimie, bo nie chciał się rodzinie pokazać. A drugi ujek Gerard był w Afrika Korps, ale uciekł w Egipcie do Andersa i walczył u jego boku.
Nie mogę pomijać jednej z tych historii. Nie udawajmy, żeśmy byli tylko wspaniali.
Była jakaś scena, która była dla Pani szczególnie trudna do zagrania, bo wywoływała jakieś szczególne emocje?
Chyba mnie tam wszystko wzrusza. Z biegiem lat, kiedy się starzeję, to coraz więcej jest takich rzeczy. Jestem matką, rodziłam dzieci, mam dwóch synów. Mnie bardzo mocno dotyka ten fragment tekstu, kiedy Hanka zostaje absolutnie sama. Z jednej strony powinna się cieszyć, że syn pojedzie do Niemiec, będzie z bratem, będzie miał lepsze życie, ale gdy Kazik mówi, że wyjeżdża po tym wszystkim, co przeżyła, to to już jest dla niej za dużo.
Ktoś powiedział mi kiedyś, byśmy mogli pożyć tak długo, by poczuć, że wszyscy ci, na których nam zależało, których kochamy, już są po tamtej stronie. Wtedy jest taki moment w życiu, że bardziej tęsknimy za tamtym światem niż tym, w którym jesteśmy. Na samym końcu jest taka scena wymyślona przez Mirka Neinerta, kiedy Hanka widzi swoich bliskich po tamtej stronie. Grając ją, naprawdę płaczę, nie potrafię się powstrzymać od łez, nawet teraz jak o tym mówię, bo ja tam widzę mojego ojca, który zmarł w wieku 57 lat, moją teściową, teścia, którego kochałam nad życie, który w pewnym sensie zastępował mi ojca, bo tata zmarł bardzo wcześnie i przede wszystkim moją mamę, która najdłużej ze mną była. Odeszła 4 lata temu w wieku 89 lat. Gdy odchodzi ktoś, z kim było się tak długo, to powstaje olbrzymia wyrwa.

Po spektaklu w Sejmie powiedziała nam Pani, że robi to, by ludzie na Śląsku poczuli się w końcu ważni…
Mąż powiedział mi ostatnio: „Ty spowodowałaś, że ci wszyscy ludzie, którzy się wstydzili, albo bali, albo uważali, że nie wypada, powychodzili z jakichś dziwnych szczelin. Nagle się ujawnili i potrafią powiedzieć: „tak, my tu som”. Może ja dorabiam jakąś filozofię, ale tak czuję, że gdy oni zobaczyli, że Grażyna Bułka, aktorka Teatru Śląskiego i Teatru Korez, grająca czasem też w filmach, mówi głośno o tym, kim jest, to oni też mogą mieć taką odwagę. Zresztą to żadna odwaga. Chodzi o to, żeby w końcu zmienić mentalność, by przestać być „dupowatym”, tak jak to Kutz określił.
Można nie cierpieć tego określenia, ale ta „śląska dupowatość” polega na tym, że my uwierzyliśmy w te słowa: „ty żeś jest od roboty, ty się nie wychylej, ty umiesz yno ciężko robić”. I mamy jeszcze to myślenie, że jak ktoś fizycznie ciężko nie harato, to nie jest wartościowym człowiekiem.
Sama to miałam wbite, czułam się gorsza. Przez całe liceum utrzymywałam w tajemnicy to, że chcę zdawać do szkoły teatralnej. Jak to już wyszło na jaw, to jedna z profesorek w Krakowie powiedziała mi: „ty nigdy nie będziesz aktorką, bo jesteś Ślązaczką”. A po emisji „Mianujom mie Hanka” w Teatrze Telewizji dostałam od niej wiadomość: „jestem z ciebie dumna, zawsze wiedziałam, że będziesz świetną aktorką.”
Ten Śląsk przeszkadzał Pani w karierze? Ten Pani śląski język był wytykany?
Oczywiście! Dlaczego uciekłam ze Śląska? Dlaczego poszłam do Teatru Polskiego w Bielsku? Oczywiście, chciałam pracować zawsze w dramacie, więc to Bielsko mnie przyjęło, było dla mnie domem przez 30 lat. Większą część mojego życia zawodowego byłam poza Śląskiem. Ale od premiery Cholonka 22 lata temu bardzo dotkliwie wróciła do mnie świadomość Śląska.
Nagle zrozumiałam, że to jest mój świat. Minęło potem jeszcze parę lat, zanim przeniosłam się do Teatru Śląskiego, ale to była najlepsza decyzja w życiu.
Bo może nawet nie od ludzi, z którymi w Bielsku pracowałam, bo bym zgrzeszyła, to byli fajni ludzie, ale od reszty, całej rzeszy reżyserów, scenografów, choreografów, którzy tam przyjeżdżali, różne rzeczy usłyszałam. Ten sztympel śląski miałam tak wyryty na czole, że chciałam go zmazać. Bo wydawało mi się, że jak nie wymarzę tej śląskości, to nigdy niczego w tym zawodzie nie osiągnę. Chociaż wiedziałam, że jestem przyzwoitą aktorką, to ciągle mi się wydawało, że każdy mi mówi: „ale ten akcent”. A Jerzy Trela miał całe życie krakowski akcent, czy łonego się wto czepioł? Nie ma tekstu, który on nie powiedziałby z tym słynnym zaśpiewem krakowskim, ale jak jest zaśpiew śląski, to to jest kuźwa niedobre.
A teraz w końcu jest moda na Śląsk? Hankę ogląda cała Polska, Kabaret Młodych Panów godo…
I zaś momy ta mentalność Ślonzoka: „jee, moda na Śląsk, to może lepiej nie, bo to może się nam nie należy”. Kuźwa, należy! Jest pięć minut dla Śląska, to róbmy kabarety, piszmy piosenki, a ludzie sobie wyszkrobią z tego to, co im pasuje. Inni się nie szczypią, więc jak my mamy swoje pięć minut, to „ściepnijmy te klopeczki boroczków”.
A mamy z tym problem. Bo na przykład przyznawane są różne nagrody. Kuźwa, ja tego nie mogę pojąć. Pana Michnika znam osobiście, byłam z nim w Brukseli, jadłam kolację przy jednym stole, jestem mu wdzięczna za to, co zrobił dla tego kraju. To jest wielka osobowość. Lojzek (red. Alojzy Lysko, autor tekstu „Mianujom mie Hanka”) nie jest aż tak wielką osobowością, ale skoro były dwie nagrody w tej edycji Nagrody im. Kazimierza Kutza, to może mógł jedną dostać?
My, Ślązacy, zawsze uważamy, że nie jesteśmy doceniani przez innych, ale sami mamy problem z wyróżnieniem kogoś z naszego grona, bo „to nie pasuje albo może nie jest warty ten ktoś?”. A właśnie, że jesteśmy warci! Jesteśmy!
Rozmawiał Aleksander Król
.jpg)